czwartek, 24 grudnia 2009

Feliz Navidad!

Kochani, nadeszly swieta... Wy pewnie juz po wigilijnej kolacji, a my dopiero ja przygotawujemy. Wlasnie pokroilysmy salatke jarzynowa, ktora wzbudzila zachwyt wsrod naszych hostelowych amigos. W planie mamy rowniez barszcz, ktory od dwoch miesiecy wytrwale nosimy schowany pod podszewka plecaka. Nic to, ze jest to Knorr Instant, i tak bedzie pysznie. Dokupilysmy Ravioli, pelniace role naszych tradycyjnych uszek. I za jakies dwie godzinki zasiadamy do wspolnej kolacji z pozostalymi podroznikami, ktorych swieta rowniez zastaly w drodze.
Zyczymy Wam pieknych swiat, byscie spedzili je tak, jak macie ochote! Pozdrawiamy serdecznie!
Besos, K&M

środa, 23 grudnia 2009

Puerto Montt

Przyjechalysmy do Puerto Montt, gdyz uslszalysmy, ze mozna stad wyruszyc promem do innego portu - Puerto Natales. Podroz trwa 4 dni i plynie sie posrod chilijskich fiordow. Pomyslalysmy: to jest to :). Cena jednak troche nas zaskoczyla, wiec na razie odlozylysmy decyzje w czasie, przenoszac sie na Swieta do Bariloche.
W Puerto Montt spedzilysmy jenak dwa najdziwniejsze dni w ciagu calej naszej podrozy. Na pierwszy rzut oka widac calkiem spore portowe miasteczko. Potem zaskakuje liczba pijanych osob na ulicy i to niestety niezaleznie od wieku i plci. Pozniej pomimo tego, ze dostalysmy calkiem spora liste hosteli naprawde trudno bylo znalezc normalnie wygladajace miejsce na nocleg. Czesc z nich byla albo zamknieta albo wygladala jak stare, zapuszczone domy publiczne. Wybralysmy jednak jedno hospedaje, ktore wydawalo sie calkiem sympatyczne. I to wlasnie w nim przezylam jedna z najgorszych nocy tutaj. Nie wiadomo dlaczego w nocy ktos probowal wejsc do naszego pokoju, najpierw przez drzwi, a nastepnie przez okno. Bylam tak wystraszona, ze dlugo potem nie moglam zasnac nasluchujac nawet najdrobniejszych szmerow (Karolina miala to szczescie, ze sie nie obudzila). Nastepnego dnia rano nasza wlascicielka przyznala sie, ze to byla ona. Szkoda tylko, ze nie wytlumaczyla nam po co to zrobila. Bo jeszcze rozumiem jak ktos chce wejsc do pokoju przez drzwi, ale byc tak zdeterminowanym i probowac wywazyc okno to jest juz troche zbyt dziwne :/. Teraz sie z tego smiejemy, ale w nocy nie wygladalo to tak zabawnie. No coz, rano po prostu zmienilysmy hostel. Nowy wygladal duzo bezpieczniej, ale tam rowniez ktos buszowal w naszym pokoju podczas gdy gotowalysmy obiad (dobrze, ze Karolina wrocila sie aby zabrac jeszcze pare rzeczy). Przedziwne to miasteczko. Mam nadzieje, ze Bariloche przywita nas duzo milej.

niedziela, 20 grudnia 2009

Uzdrowisko Valparaiso


Valparaiso. Miasto polozone na czterdziestu czterech wzgorzach dokad wioda strome schody i miejskie windy, i skad roztacza sie zapierajacy dech w piersiach widok na bezkres oceanu.

Valparaiso. Dla tutejszych - Valpo. To miasto nietuzinkowe, miejsce o niepowtarzalnym charakterze - calkiem magiczne, totalnie artystyczne, niesamowicie frapujace. Miasto roznych wplywow kulturowych, bo stworzone przez przybywajacych wiele lat temu do portu imigrantow z Europy. Troche wloskie, nieco niemieckie, odrobine angielskie. Miasto-mieszanka: mlodej kreatywnosci z kultura tradycyjna, blichtru wielkiego miasta i zacisznego portu, europejskosci z latynoamerykanskoscia, alternatywnej muzyki z sentymentem do starych przebojow, sztuki wspolczesnej i lokalnych artystow. Miasto bardzo otwarte i mieniace sie kolorami, ale tez miejscami niedostepne, czy po prostu niebezpiczne. W dzien tetniace zyciem i sztuka, w nocy rzadzone przez drugdealarow i ujadajace groznie bezpanskie psy.

Dzieki temu, ze w Valparaiso mialysmy znajomego (mojego nauczyciela hiszpanskiego, Cristobala) moglysmy poznac je od zupelnie innej strony. Prawdziwe lokalne jedzenie, zycie nocne, miejsca, ktorych nie ma w przewodniku. Wszystko to dalo nam niesamowicie ciekawy obraz tego miasta. Alternatywna sztuka uliczna, hot-dogi z awokado, zupa z owocami morza i pierogi z krewetkami, zakamarki plaz i nocne latynoskie imprezy na dugo pozostana w naszej pamieci.

Mendoza - krolestwo wina


Mendoza. Stad pochodzi osiemdziesiat procent argentynskiej produkcji wina. Specjalnosc regionu - Malbec. Zaledwie kilka procent trafia na nasze europejskie stoly. A szkoda to wielka, bo trunki sa to wyborne...

Po przybyciu do Mendozy, juz nieco mniej wrogo nastawione do siebie, wypozyczylysmy w pobliskim miasteczku dwa rowery i z mapa w kieszeni ruszylysmy na objazdowa wycieczke po okolicznych winnicach. Dzien byl piekny, niebo bezchmurne, siedzenia w rowerach troche za twarde, ale suma sumara spedzilysmy bardzo mily dzien degustujac wyroby kilku lokalnych winiarni.

Wracajac do hostelu w eskorcie policji czulysmy sie troche nieswojo, ale okazalo sie, ze jest to czesta sytuacja majaca zapewnic bezpieczenstwo (pijanym) turystom :)

No i oczywiscie tuz kolo Mendozy dostrzec juz mozna osniezony szczyt najwyzszej gory Ameryki Poludniowej - Aconcaqua.

czwartek, 17 grudnia 2009

Alta Gracia


Alta Gracia to miasteczko, w ktorym przez kilkanascie lat swojego zycia mieszkal mlody Che Guevara. Urodzony w Rosario Ernesto juz jako dziecko mial zdiagnozowana astme. Dlatego w trosce o jego zdrowie rodzice znalezli miejsce ze szczegolnie korzystnym mikroklimatem, gdzie przeprowadzili sie i gdzie dorastal pozniejszy rewolucjonista.

Historia Che zaprezentowana w muzeum jest bardzo osobista i poruszajaca. Jego charakter wylania sie z opowiesci jego niani, przyjaciol ze szkoly, pierwszych milosci, listow do zony i dzieci. Jego mlodosc przepelniala pasja podrozowania, poznawania nowych ludzi i czytania ksiazek w kazdej mozliwej sytuacji. Czas jego aktywnej walki i dzialalnosci politycznej przedstawiony jest z perspektywy idealow, w ktore wierzyl i przyszlosci jaka widzial dla ludzi. Pelno jest tam cytatow z jego przemowien, korespondencji, ktora prowadzil i prywatnych zapiskow; momentami bardzo wzruszajacych.

Miejsce idealnie podtrzymujace legende Che.

środa, 16 grudnia 2009

Pozegnanie Salty (z lezka w oku)


Powrot do Salty nieuchronnie oznaczal rozstanie z przyjaciolmi. Nasze drogi sie rozchodza. Matthieu ruszyl na polnoc w kierunku boliwijskiej dzungli. Greg i Manu samolotem polecieli do Buenos na spotkanie swojej rodziny. A my z Monika kierujemu sie na poludnie Argentyny, marzac o swietach w snieznych rejonach Patagonii.

Jednak niespodziewane wydarzenie uczynilo dla mnie wyjazd z tego niepozornego miasta jeszcze trudniejszym. Moje serce, rozum i mysli pozostaly u boku mezczyzny, ktory kompletnie zawrocil mi w glowie. Niby nic, niby krotko i niby nie na powaznie, a ja oszalalam i bliska bylam tego by zrezygnowac z dalszej podrozy.

Ale wyjechalysmy. Obie z lezka w oku. Choc dalsze wydarzenia nie nalezaly do najprzyjemnniejeszych w trakcie naszej podrozy. W przeciagu pierwszych godzin w Cordobie w trakcie szukania noclegu moja nieostrzoznosc i bujanie w oblokach zaskutkowaly tym, ze ukradli nam Moniki plecak. (W tym miejscu bardzo przepraszam wszystkich znajomych Moniki, dla ktorych przeznaczone byly prezenty znajdujace sie w tym plecaku. Na swoje usprawiedliwienie nie mam nic, oprocz stanu zakochania, ktory czasem przynosi wiecej szkod niz pozytku.) Niestety to wydarzenie spowodowalo drastyczne pogorszeniem sie ralacji miedzy mna a Monika i kilka nastepnych dni mialysmy razem naprawde kiepski czas.

piątek, 11 grudnia 2009

Salta i okolice


Razem z Matthieu i para szwajcarow, ktorych poznalysmy podczas wycieczki na Salar de Uyuni przyjechalismy do Salty, miasta na polnocy Argentyny. Pierwszy wieczor przeznaczylismy na kilkugodzinne posiedzenie w restauracji, bo wyglodzeni po boliwijskiej biedzie jedzeniowej i chilijskiej drozyznie marzylismy wszyscy o porzadnym i dobrze doprawionym kawalku miecha, podanym w akompaniamencie wybornego wina i dopelnienia w postaci pysznego slodkiego deseru. W trakcie tej niewatpliwie rozpustnej uczty pojawil sie pomysl wspolnego wynajecia samochodu i zwiedzenia polnocy Argentyny wspolnie. Naszym czarnym Volfswagenem Gol wyruszylismy z Salty do Cachi, pozniej do Cafayate, zwiedzajac po drodze lokalne winiarnie i kosztujac ich doskonalych wyrobow. Swietnie sie razem bawilismy. Dobrze spotkac po drodze tak cudownych ludzi.

San Pedro de Atacama, Chile

Nasza salarowa wycieczke zakonczylysmy tuz przy granicy z Chile, skad autobusem przemiescilysmy sie do San Pedro de Atacama - niewielkiej miejscowosci w polnocnym Chile. Tam czekal na nas moj erazmusowy znajomy Matthieu, ktory poniewaz byl juz w miescie jakis czas stal sie tam naszym przewodnikiem. W San Pedro, poniewaz wszelkie warunki zarowno pogodowe jak i finansowe na to wskazywaly postanowilysmy skorzystac z campingu i po raz pierwszy rozbic nasz namiot. Wszystko zakonczylo sie pelnym sukcesem i kiedy tylko bedzie to mozliwe bedziemy korzystac z naszego przenosnego domku.



Nie pobylysmy jednak w Chile za dlugo. Nieznosnie wysokie ceny w San Pedro kazaly nam jak najszybciej zarezerwowac pierwszy mozliwy autobus jadacy w strone Argentyny. Po tych kilku dniach uswiadczylysmy sie tez w przekonaniu, ze zmiana trasy wykluczajaca Chile z naszej podrozy byla jak najbardziej sluszna. Mamy w glowie cichy plan zeby w ramach rekompenasaty zapuscic sie dalej na poludnie Patagonii. Zobaczymy co nam z tego wyjdzie.

środa, 9 grudnia 2009

Uyuni


Po szczesliwym wyjezdzie z Tupizy szczescie opuscilo nas na chwile w Uyuni, gdzie niesprawny bankomat sprawil, ze mialysmy zostac tam dluzej niz planowalysmy. Wluczenie sie bez celu i bez pieniedzy po dwoch ulicach na krzyz dluzylo nam czas niesamowicie. A na dodatek obie walczylysmy wtedy z biegunka, wiec czas spedzony w Uyuni powiedzmy sobie szczerze nie nalezal do przyjemnosci.

Kiedy naprawiono bankomat moglysmy ruszyc w dalsza droge. Wykupilysmy trzydniowa wycieczke jeepem na Salar de Uyuni, w trakcie ktorej oprocz najslynniejszych salarow zobaczylysmy piekne gory, laguny, pustynie i wulkany. Wrazenia naprawde niesmowite, choc zmacone nieco przez znudzonych podrozujacych z nami Izraelczykow. Na szczescie w samochodzie byla tez sympatyczna para Greg i Manuel ze Szwajcarii, z ktorymi bardzo sie polubilismy i spontanicznie postanowilismy podrozowac przez jakis czas razem.

Tupiza


Do Tupizy trafilysmy zupelnie spontanicznie. Skusily nas zapewnienia innych podroznikow o niezwyklosci tego miejsca. Mimo tego, ze w pewnym momencie mialysmy wrazenie sie sie nie wydostaniemy z tego miasta (bilet na pociag zostal przez nas wrecz wywalczony) decyzja o przyjezdzie tutaj byla najzupelniej trafna. Jest to miasteczko rodem z dzikiego zachodu, otoczone czerwonymi gorami i kanionami. A skoro dziki zachod nie moglysmy sobie odmowic przejazdzki konnej po oklicy. Wyposazone w prawdziwe kowbojskie kapelusze moglysmy chociaz przez chwile poczuc klimat tamtych dzikich czasow.