Przemierzamy Boliwie w nieco zawrotnym tempie. Po pierwsze ze wzgledu na rozpoczynajaca sie tutaj pore deszczowa i niezbyt przyjemne ulewy niemalze kazdego wieczoru, a po drugie dlatego ze spieszymy sie na spotkanie ze znajomym w San Pedro de Atacama.
Nasz ostatni przystanek to Potosi, miasto, w ktorym wsrod waskich uliczek epoka kolonialna pozostawila po sobie niskie, urokliwe zabudownia. Jedno z tych miast, po ktorych milo sie bladzi odkrywajac coraz to nowe, przez wielu zapomniane i mocno nadszarpniete juz zebem czasu cuda archtektury.
Potosi to przede wszytskim miasto robotnicze. No obrzezach zamieszkuja rodziny gornicze, stanowiace najbiedniejsza klase spoleczna. Kopalnie srebra, ktorych labirynty przecienaja wznoszaca sie nad miastem gore od wielu lat sa synomimem katorzniczej pracy mezczyzn, ktorzy podejmuja ja nie majac zadnej innej mozliwosci. Bez elektrycznosci, bez maszyn, bez zadnych udogodnien - wszystko odbywa sie tu za sprawa ludzkich miesni, morderczego wysilku, ale tez silnej wiary. Gornicy maja swojego boga, ktorego pieszczotliwie nazywaja wujkiem ¨El Tio¨ - Pana Podziemi, Diabla, ktory pod postacia dziwacznej kukly, przypominajacej nieco hiszpanskich najezdzcow z szesnastego wieku zasiada w kopalnianych korytarzach. W opinii gornikow to wlasnie od diabelskiego wuja zalezy ich szczescie. Od niego zalezy to, czy w kopalni zdarzy sie wypadek, czy ktorys ze szczesliwcow odnajdzie nowa zyle srebra. Dlatego tez wszyscy traktuja go z wilkim szacunkiem, skaladaja prezenty u jego stop, pozdrawiaja go przechodzac, zatrzymuja sie na pogawedeke, pala z nim papierosy i pija alkohol. Wszystko to ma zapewnic im laske Diabla i uchronic od nieszczesliwych wypadkow.
Kilkugodzinna wizyta w kopalni, przemierzanie waskich i niskich korytarzy, czasem po kostki wypelnionych woda, wspinanie sie po drewnianych i leciwych drabinach, rozmowy z gornikami daly nam zaledwie mglisty obraz na temat pracy i zycia tych mezczyzn i ich rodzin. Mimo to bylo to wstrzasajace, niezapomniane przezycie!
niedziela, 29 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009
La Paz
La Paz bylo miejscem, ktorego osobicie troche sie obawialam. Po nieznosnie glosnej, meczacej i malo przyjaznej Limie spodziewalam sie czegos podobnego. Jednak miasto to pozytywanie mnie zaskoczylo (oczywiscie w swojej kategorii wagowej). Nie bylysmy na kazdym kroku niemalze zmuszane do korzystania z restauracji i kupowania pamiatek. Mozna sie tu czuc swobodnie. Rzecz jasna nie jest to miasto, w ktorym chcialoby sie zostac na dluzej. Ciagle wdychanie klebow spalin, od ktorych wieczorami bolala nas glowa, spanie w 3 bluzkach i ogladanie min. jednej ulewy z okna hostelu to nie jest to co z Karolina lubimy najbardziej.
Dzungla
Dzungla pomimo nieznosnie wysokiej temperatury powietrza, natretnych moskitow i przedziwnych odglosow dzikich zwierzat w nocy to miejsce zachwycajace soczystoscia kolorow, roznorodna roslinnoscia i wieloscia niespotykanych zwierzat. Miejsce meczacych wedrowek w poszukiwaniu kryjowek anakondy i spokojnych godzin spedzonych w rozbujanym na wierze hamaku; radosci w pierwszej zlowionej w zyciu ryby i strachu przed dotykiem dziwnych ssakow wodnych plywajachy z nami w rzece; to widoki leniwych szczurow blotnych, nieruchomych aligatorow i bajecznie kolorowych ptakow; to wieczorny spacer po lesie i swiecace oczy wezy; to dotyk szorstkiej skory malenkiego gada; to rozmowy przy ognisku i atmosfera totalnego relaksu i bezpieczenstwa w bliskosci dzikiej natury. Dla mnie to najlepsze miejce, gdzie do tej pory bylysmy. Pozostawia po sobie milion najmilszych wspomnien. Pomimo tego, ze okupione meczaca dwudziestogodzinna podroza w autobusie, setka nowych ugryzien komarow, kleszczami, ktore bezczelnie przyczepialy sie do naszego ciala, spalona skora i litrami wylanego potu. Wszystko to nic! Bylo po prostu bosko!
poniedziałek, 16 listopada 2009
Wyspy na JeziorzeTiticaca
Wody jeziora Titicaca swym czarem zatrzymaly nas na nieco dluzej niz planowalysmy. Wyplywalaysmy na jezioro zarowno od strony peruwianskiej jak i boliwijskiej, co pozwolilo nam pozanac trzy bardzo ciekawe miejsca: wyspy trzcinowe (Uros), urokliwa wyspe Taquile oraz magiczna Wyspe Slonca.
Niestety na wyspach trzcinowych spedzilysmybardzo niewiele czasu i niewiele jestesmy w stanie na ich temat powiedziec. Kilka fotek musi wystarczyc.
Natomiast Taquile przywitala nas cudowna atmosfera ciszy i spokoju. Na wyspie mieszkaja plemiona Indian, ktore nigdy nie poddaly sie wplywom kultury inkaskiej. Zachowaly swoj jezyk i tradycje, a ich domena jest tkactwo. Nawet nasza krotka wizyta na wyspie pozwolila zaobserwowac, ze dziergaja tam wszyscy, zarowno kobiety jak i mezczyzni. I robia to wykonujac inne czynnosci - idac droga, wypasajac owce, prowadzac krowy. Prawie wszyscy nosza takze tradycyjne stroje. Mezczyzni - czarne spodnie, biale koszule, krotkie kamizelki, szeroki haftowany pas oraz czapke kolorem okreslajaca ich status cywilny i spoleczny. Kobiety natomiast nosza wielowarstwowe szerokie spodnice (kazda warstwa ma inny kolor, ale wierzchnia zawsze jest czarna) oraz obowiazkowy czarny pas, majacy wiele zastosowan, od okrycia glowy po torbe na ciezsze rzeczy.
Isla del Sol (Wyspa Slonca) to miejsce zwiazane z szeregiem wierzen ludow post-inkaskich. To tutaj mial narodzic sie pierwszy wladca Inkow - Manco Capac - syn Slonca i Ksiezyca; stanowiac tym samym poczatek cywilizacji Inkow. Tutaj znajduja sie takze ruiny najznakomitszej swiatyni Slonca, ktore dla Inkow bylo najwazniejszym z bogow. Tuz obok, na wyspie Ksiezyca, miescil sie klasztor dziewic oddanych bogu Sloncu. Na wyspie odbylysmy dlugi spacer szczytami wzgorz i mialysmy nadzieje na najpiekniejszy zachod slonca w zyciu. Niestety wieczorne niebo zasnute grubymi chmurami poskapilo nam pieknych widokow. Bedziemy wiec wypatrywac naszego zachodu w innym miejscu.
czwartek, 12 listopada 2009
Podsumowanie 2.
Kilka aspektow zycia, ktore tutaj staly sie nasza codziennoscia:
- przebieganie przez ulice przed rozpedzonymi samochodami, ktore na widok pieszego wcale nie zwalniaja; tutaj przy braku oznakowan, sygnalizacji swietlnej i jakichkolwiek zasad ruchu drogowego wygrywa ten, komu uda sie pierwszemu przebiec lub przejechac;
- brak papieru toaletowego w ubikacjach sprawil, ze podstawowym wyposazeniem naszych podrecznych torebek stal sie ten, jakze deficytowy, produkt;
- brak chleba; to chyba doskwiera nam najbardziej i jestesmy wiecznymi poszukiwaczkami wszelkich produktow spozywczych, ktore moglyby zastapic nam rodzime wypieki. Niestety tosty, krakersy, slodkie bulki i cienkie placki nie sa w stanie zadowolic naszych przyswyczajonych do pszennych buleczek i razowca podniebien;
- czasem cierpimy tez na brak dobrej kawy (Monika cierpi strasznie!), ale to przynajmniej w moim przypadku swobodnie zastepuje herbata z lisci koki;
- standardem staly sie tez komplementy, pogwizdywania i cmokniecia na nasz widok gdziekolwiek sie pojawimy; pomimo prezentowanej przez nas zupelnie przecietnej urody, tutaj traktowane jestesmy jako okazy niebywalej pieknosci, czego objawy Monike stale denerwuja, a ja nie wiem czy bede potrafila bez tego zyc ;)
Adios!
Pozegnanie Peru
Jestesmy w Puno, lezacym nad Jeziorem Titicaca, niedaleko granicy boliwijskiej. Dokladnie po miesiacu konczymy nasza podroz po Peru. Dla mnie ta podroz to wszyscy ludzie, ktorych tu spotkalysmy, wszystkie wymienione usmiechy i pozdrowienia. To ciekawe spojrzenia, szepty i pytania. To wszystkie rozmowy, ktore tu odbylysmy, zarowno te o sprawach waznych, jak i te o blahostkach. To zarty, muzyka i okropne jedzenie. To mate de coca i cafe con leche. To urocza masza w kosciele, ciemnoskory Chrystus i fiesta na cmantarzu. To nasi przyjeciele - Carmen, Rafael, John, para francuzek; ci, ktorych imiona znamy i ci, ktorzy pozostali anominowi. Miasta i miejsca byly pieknym tlem tych spotkan, ktore niech jak najdluzej goszcza w naszej pamieci.
poniedziałek, 9 listopada 2009
Z dala od cywilizacji
Sa miejsca, gdzie czlowiek w spotkaniu z natura staje sie naprawde strasznie malutki. Poczulysmy to na dnie Konionu, gdzie spedzilysmy ostatnie trzy dni. Z dala od cywilizacji, zasiegu telefonicznego, jakiejkolwiek techniki. W miejscu, gdzie wioska od wioski oddalona jest o kilka lub kilkanascie godzin marszu, gdzie sciezki wija sie tysiace kilometrow w gore, by potem znowu opasc na dno kanionu. Przy braku jakichkolwiek srodkow transportu nie mozna liczyc na nic procz wlasnych nog i wlasnego wysilku. W miejscu, gdzie proste posilki przygotowuje sie na ogniu, gdzie aktywnosc wyznacza wschod i zachod slonca. Wszechobecny szum poteznej rzeki i widok monumentalnych gor wokol. To miejsce, ktore uczy pokory.
Canion del Colca
Stwierdzilysmy jednoglosnie, ze koniec z agencjami i wykupywaniem zorganizowanych wycieczek. Teraz wszystko co sie da bedziemy robic na wlasna reke. Pojechalysmy wiec do Cabanaconde, niewielkiego miasteczka stanowiacego swietna baze wypadowa do kanionu. Mialysmy tam wynajac lokalnego przewodnika, ktory przeprowadzi nas po Canionie del Colca (slyszalysmy, ze mozna sie tam zgubic i lepiej nie robic trekingu samemu). Jak przyjechalysmy to w hostelu popatrzyli na nas i powiedzieli, ze przewodnika nie potrzebujemy i poradzimy sobie same. No to jak sobie poradzimy, to nie zastanawiajac sie dlugo nastepnego dnia rano ruszylysmy do Llahuar (naszego pierwszego noclegu). Oczywiscie nie minelo 5 min. a my juz zgubilysmy droge :). Kierujac sie jednak intuicja wrocilysmy na szlak i bez problemow trafilysmy do wyznaczonego celu. Przepiekne domki z bambusa i basen (swego rodzaju standard w miejscowosciach polozonych w kanionie) nad Colca River bardzo uprzyjemnily nam popoludnie i trud zwiazany z chodzeniem.
W Canionie spedzilysmy w sumie 3 dni i nawet moje obdarte stopy i ponowne problemy zoladkowe Karoliny nie zdolaly nam popsuc wycieczki. Do tej pory Canion del Colca to najpiekniejsze miejsce, w jakim mialysmy okazje byc. Cudowne widoki i ta nie do opisania przestrzen.
wtorek, 3 listopada 2009
Arequipa
Nasze pierwsze dni w Arequipie sa naprawde bardzo przyjemne. Miasto jest piekne i znacznie mniej napastliwe w stosunku do turystow niz Cuzco. Zwiedzanie rozpoczelysmy od wizyty na tutejszym cmenarzu, no bo coz mozna bylo zrobic, gdy dotarlysmy tutaj w Dniu Zmarlych. O obchodach tego swieta pisze Monika, wiec ja ogranicze sie tylko do stwierdzenia, ze w Peru kazda okazja jest doskonalym pretekstem do fiesty :)
Dzis odwiedzilysmy dwa bardzo interesujace miejsca. Klasztor sw. Katarzyny, ktory sam w sobie jest niewielkim i bardzo klimatycznym miastem, z waskimi uliczkami, kaplcami, ogrodem i wlasnym cmantarzem. Wciaz zyja tam dominikanskie mniszki oddane modlitwom i medytacjom.
Drugie miejsce to muzeum poswiecone ofiarom z dzieci skladanym przez Inkow na szczytach gor i wulkanow. W ofierze skladano tylko wybrane najzdolniejsze, czyste, niewinne i zdrowe dzieci. Ich poswiecenie mialo przeblagac bostwa i zabobiec erupcjom wylkanow i trzesieniom ziemi. Odkryte stosunkowo niedawno, bo w latach 90-tych XX wieku grobowce zawieraja szczatki dzieci w wieku 12-13 lat. W muzeum prezentowane jest cialo dziewczynki znalezionej na szczycie najwyzszego w okolicy wulkanu Ampato, gdzie zamarzla okolo 500 lat temu.
Po tych dwoch tygodniach w Peru do perfekcji opanowalysmy poruszanie sie komunikacja miejska i nie straszne sa juz nam na maksa zatloczone combies (czyli male busiki, o ktorych pisalam w Limie). Dzieki temu coraz smielej oddalamy sie z zaturyszczonego centrum miast i odkrywamy mile dzielnice na obrzezach. Pozwala nam to tez olewac nieustannie trabiacych na nas taksowkarzy, do ktorych czujemu niechec od pierwszego dnia naszego pobytu ;)
Dzien Zmarlych
Mialysmy okazje podgladnac jak wygladaja tutaj obchody Dnia Zmarlych. Calkowicie roznia sie one od naszych dotychczasowych wyobrazen. W Polsce jest to swieto, w ktorym w ciszy i spokoju czcimy pamiec o naszych bliskich. Tutaj natomiast na cmentarzu odbywa sie wielka fiesta, na ktorej ludzie jedza, pija i spiewaja. Robi to naprawde niesamowite wrazenie. Sposob pochowku jest tutaj rowniez calkowicie inny. W grobowcach jest mnostwo atrybutow zwiazanych z dana osoba. Np. male piwo lub samochodzik czy zestaw garnuszkow. Przedmioty charakteryzujace dana osobe, co lubila lub czym sie zajmowala. Powyzej zamiescilysmy zdjecie przykladowego peruwianskiego grobu.
niedziela, 1 listopada 2009
Dobrze bylo zatrzymac sie gdzies na dluzej. Pozwolilo nam to lepiej pozanc miasto, ludzi i tutejsze zwyczaje. Pomysl z mieszkaniem u peruwianskiej rodziny okazal sie strzalem w dziesiatke. To byl naprawde mily tydzien, ktory nawet nie wiemy kiedy zlecial.Trzeba jednak ruszac dalej. Przed nami jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Jutro Arequipa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)