
Nasza przygoda z Macchu Picchu zaczela sie niefartownie. Z krakowskiego skapstwa wybralysmy w Cuzco najtansza agencje organizyjaca wyprawy do zaginionego miasta i skutki tego odczulysmy juz na poczatku, kiedy to przewodnik dbajacy o nasza grupe nie odnalazl naszych nazwisk na swojej liscie i zupelnie obojetny powiedzial, ze on nie wie kto teraz zaplaci za nasz obiad, nocleg, pociag itd. Po okolo godzinie konsternacji, naszego zdenerwowania, telefonowania do agencji, wymachiwania potwierdzeniem przed nosem roznych posrednikow w koncu znalaz sie nasz przewodnik, ktory najwidoczniej zapomnial, ze mial jeszcze dwie osoby jadace w innym autobusie. Na tym jednak nie skonczyla sie zla passa. Po wspanialym obiedzie w jednej z restauracyjek pierwszego dnia podrozy poczulam, ze dzieje sie ze mna cos niedobrego. Skurcz zoladka, zimny pot, kompletna dekoncentacja. Cudnie - pomyslalam - biegunka na dzien przed wejsciem do Macchu Picchu. Chyba nic lepszego nie moglo mnie spotkac. W drodze do naszego hostelu zwiedzilam chyba z piec toalet, a kiedy w koncu dotarlysmy na miejsce siedzialam na kiblu dobre dwie godziny. Juz myslalam, ze to sie nigdy nie skonczy, a przede wszystkim, ze o wejsciu na Macchu Picchu moge sobie zapomniec. Na szczescie jeden z lokalnych kuchrzy naparzyl mi ziolek, ktore mialy zahamowac wszelkie procesy w moim zoladku i chyba tak sie stalo. Wsatlam rano i czulam sie juz calkiem niezle.
Piesza wyprawa zaczynala sie o trzeciej nad ranem. Podejscie, okolo 10 kilometrow, po skalistych schodach stromo pod gore. Na dodatek cala droge padalo. Dla mnie masakra, Monika swietnie dawala rade i byla na szczycie duzo wczesniej niz ja. Za to ja poznalam wiele osob po drodze, ktore meczyly sie tak samo jak ja i atmosfera pocieszania, dodawania sobie nawzajem otuchy byla fantastyczna. Kiedy wreszcie dotarlismy na szczyt - satysfakcja nie do wyrazenia :)
Macchu Picchu samo w sobie - nieziemskie. Schowane wsrod wysokich szczytow gorskich, rano okryte mgla i chmurami, ktore dopiero z biegiem czasu odkryly przed nami miasto w calej jego okazalosci. Niesamowite, piekne doznania.
kurcze, Rzepa i Monika, ależ Wam zazdroszczę!:D
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za powodzenie waszej wyprawy i...kurczę nie mogę uwierzyć, że naprawdę tam jesteście:)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńgenialne zdjęcia! Nie będę oryginalna i napiszę to co czytacie i słyszycie od każdego...zazdroszczę!! Nie mogę się doczekać kolejnych wieści :)
OdpowiedzUsuńRewelacja! Zdjęcia zapierają dech w piersiach, a jak podejrzewam, i tak oddają tylko ułamek tego co naprawdę przeżyłyście... Trzymam kciuki i czytam wpisy :)))
OdpowiedzUsuńPowodzenia :-)
OdpowiedzUsuń