czwartek, 29 października 2009

Tydzien z Fair Play



Zupelnie przez przypadek w naszym hostelu w Cuzco znalazlysmy lekko wyblakala ulotke niewielkiej organizacji charytatywnej dzialajacej w miescie o nazwie Fair Play. Dzien po powrocie z Machu Picchu odwiedzilysmy ja i od razu zdecydowalysmy, ze zostaniemy z nimi jakis czas. Organizacja pomaga peruwianskim rodzinom znajdujacym sie w trudnej sytuacji materialnej, samotnym matkom i dzieciom. Pomoc odbywa sie na roznych plaszczyznach. My wybralysmy dwie opcje. Zdecydowalysmy, ze zamieszkamy u jednej z rodzin, placac im tak, jakbysmy mieszkaly w hostelu. Co dla nas nie robi zadnej roznicy, a dla nich to zawsze dodatkowe pieniadze. Co wiecej mamy okazje dluzej porozmawiac z naszymi gospodarzami i dowiedziec sie wiecej o zyciu w Peru, ich kulturze i tradycjach.
Zapisalysmy sie tez na kurs jezyka hiszpanskiego organizowany przez ta sama organizacje. Nauczycielkami sa matki samotnie wychowujace dzieci z Cuzco, ktore zostaly przeszkolone przez Fair Play. Sa to naprawde wspaniale kobiety i nauka uplywa nam w bardzo cieplej, rodzinnej atmosferze.

Taki maly i bardzo przyjemny przystanek na naszej drodze. Ale w niedziele ruszamy dalej. W poniedzialek - Arequipa. Nie mozemy doczekac sie wluczegi po Kanionie del Colca!!!

PS. Zapomnialam poinformowac, ze nie mam tu mojego stalego numeru telefonu (najwspanialszy Orange nie dziala na kontynencie Poludniowoamerykanskim). Moj obecny nr telefonu to +554784849987.

PS2. Kupilam moja pierwsza ksiazke po hiszpansku! Juliusz Verne Podroz do wnetrza ziemi (Julio Verne Viaje el centro de la tierra). Nie przeczytalam jako dziecko - nadrobie teraz :)

sobota, 24 października 2009

Waynapicchu



Po pierwszej wspinaczce na Machu Picchu, w deszczu i po ciemku (musialysmy wyruszyc o 3 rano) dla wytrwalych czekala jeszcze jedna wspinaczka na Waynapicchu (ta najwiekasza gora, ktora widac na zdjeciach) skad rozciaga sie niesamowity widok na zaginione miasto. Karolina nie skusila sie na kolejny wisilek i zostala z przewodnikiem w miescie, a ja wzielam plecak i pomaszerowalam aby zmagac sie z kolejna gora. Widoki i wspinaczka faktycznie zapieraly dech w piersi. Powyzej pare zdjec.

Nieziemskie Macchu Picchu

Nasza przygoda z Macchu Picchu zaczela sie niefartownie. Z krakowskiego skapstwa wybralysmy w Cuzco najtansza agencje organizyjaca wyprawy do zaginionego miasta i skutki tego odczulysmy juz na poczatku, kiedy to przewodnik dbajacy o nasza grupe nie odnalazl naszych nazwisk na swojej liscie i zupelnie obojetny powiedzial, ze on nie wie kto teraz zaplaci za nasz obiad, nocleg, pociag itd. Po okolo godzinie konsternacji, naszego zdenerwowania, telefonowania do agencji, wymachiwania potwierdzeniem przed nosem roznych posrednikow w koncu znalaz sie nasz przewodnik, ktory najwidoczniej zapomnial, ze mial jeszcze dwie osoby jadace w innym autobusie. Na tym jednak nie skonczyla sie zla passa. Po wspanialym obiedzie w jednej z restauracyjek pierwszego dnia podrozy poczulam, ze dzieje sie ze mna cos niedobrego. Skurcz zoladka, zimny pot, kompletna dekoncentacja. Cudnie - pomyslalam - biegunka na dzien przed wejsciem do Macchu Picchu. Chyba nic lepszego nie moglo mnie spotkac. W drodze do naszego hostelu zwiedzilam chyba z piec toalet, a kiedy w koncu dotarlysmy na miejsce siedzialam na kiblu dobre dwie godziny. Juz myslalam, ze to sie nigdy nie skonczy, a przede wszystkim, ze o wejsciu na Macchu Picchu moge sobie zapomniec. Na szczescie jeden z lokalnych kuchrzy naparzyl mi ziolek, ktore mialy zahamowac wszelkie procesy w moim zoladku i chyba tak sie stalo. Wsatlam rano i czulam sie juz calkiem niezle.
Piesza wyprawa zaczynala sie o trzeciej nad ranem. Podejscie, okolo 10 kilometrow, po skalistych schodach stromo pod gore. Na dodatek cala droge padalo. Dla mnie masakra, Monika swietnie dawala rade i byla na szczycie duzo wczesniej niz ja. Za to ja poznalam wiele osob po drodze, ktore meczyly sie tak samo jak ja i atmosfera pocieszania, dodawania sobie nawzajem otuchy byla fantastyczna. Kiedy wreszcie dotarlismy na szczyt - satysfakcja nie do wyrazenia :)
Macchu Picchu samo w sobie - nieziemskie. Schowane wsrod wysokich szczytow gorskich, rano okryte mgla i chmurami, ktore dopiero z biegiem czasu odkryly przed nami miasto w calej jego okazalosci. Niesamowite, piekne doznania.

Kolejny przystanek na naszej drodze


Chwilke nie dawalysmy znac, ale to nie znaczy, ze u nas nic sie nie dzieje. Zmienilysmy polozenie i ze wschodniego wybrzeza Peru przemiescilysmy sie w glab kraju. Wszystko jest tutaj kompletnie inne. Juz nie ciaglaca sie w nieskonczonosci wsrod monotonnych pustynnych kraiobrazow Panamericana Highway, a krete, wijace sie wsrod wysokogorskich zboczy drogi, na ktorych samochody balansuja czasem tuz nad przepascia. Jest zielono, co stanowi niezwykly kontrast do wybrzeza, gdzie rozciagal sie kraiobraz zupelnie pozbawiony roslinnosci, a dominujacym kolorem byl zolto-brunatno-czerwony kolor piasku i skal. Tutaj flora i fauna sa zachwycajace. Na drzewach rosna owoce mango, papaji i awokado. Codziennie dawkujemy sobie spora porcje soku z tych owocow.
Zatrzymalysmy sie w Cuzco, ktore jest dawna stolica kraju zbudowana przez Inkow. Zostaniemy tutaj dluzej, bo w okolicy jest mnustwo miejsc, ktore chcemy zobaczyc. A przede wszystkim stad wyruszamy na wyprawe do Macchu Picchu. Relacja juz w krotce.
Pozdrawiamy wszystkich czytajacych naszego bloga i czekamy na komentarze! Buziaki! Pa.

wtorek, 20 października 2009

Nazca

Przyjechalysmy do Nazca i po raz kolejny dalysmy sie skusic na uslugi posrednika, ktory zlapal nas na dworcu. Juz wiele razy obiecywalysmy sobie, ze nigdy wiecej nie zgodzimy sie na `przysluge´ takiego naganiacza, ale poniewaz utargowalysmy naprawde duzo postanowilysmy jednak ulec. Wszystko na szczescie potoczylo sie szczesliwie i czterdziesci minut w malutkiej i trzesacej sie na wszystkie strony awionetce bylo naprawde niezapomnianym przezyciem.


poniedziałek, 19 października 2009

Ica, Huacachina


Ciezko bylo nam wyprowadzic sie z naszego wspanialego hosteliku w Pisco, ale przed nami dluga droga. Wiec, komu w droge temu czas... Przyjechalysmy do Ica, ktore zupelnie nas nie zachwycilo. A wrecz wydalo sie niesympatyczne i nieprzyjazne. Jak tylko oddalilysmy sie o kilka przecznic od Plaza de Armas, natychmiast slyszalysmy ostrzezenia o niebezbieczenstwie. W takiej sytuacji postanowilysmy przeniesc sie do pobliskiej miejscowosci - Huacachina. Huacahina to uroklowa niewielka oaza posrodku piaszczystych wydm. Idealne miejsce dla amerykanskich turystow :D Spotkalysmy tam grupe przesympatycznych Polakow z Kandy, ktorych serdecznie pozdrawiamy (jesli udalo im sie wejsc na naszego bloga). ¡Ciao¡

sobota, 17 października 2009

Pisco, Paracas


¡Hola¡
Jestesmy w Pisco. Znalazlysmy uroczy hostelik i jest nam tu bardzo dobrze. Wczoraj spedzilysmy piekny wieczor z wlascicielami hostelu i innymi goscmi. Platanina jezykow hiszpanskiego, francuskiego i angielskiego idealnie uzupelniala sie z mieszanka trunkow. Skosztowalysmy peruwianskiego pisco sour, likieru de coca i niespodziewanie - polskiej wodki, pozostawionej tutaj przez poprzednich gosci. Rano bylysmy na wycieczce na Islas Ballestas i w Reserva Nacional Paracas. Bylo bosko!!!! Nic wiecej nie napisze, bo Monika jest glodna i idziemy polowac na jakies pyszne jedzonko. Wszystko zobaczycie na zdjeciach jak tylko sie zgraja. Na razie jest 17 %. Czekajcie cierpliwie :)

Jazda po Limie















Monika pisala Wam o naszych przejsciach w peruwianskiej taksowce, wczoraj z kolei mialysmy okazje przejechac sie w Limie publicznym srodkiem transportu. Autobusy, a wlsciwie niewielkie busiki jezdzace po miescie przypominaja nieco ukrainskie marszrutki. Z zewnatrz nigdy nie wygladaja jakby mialy choc jedno miejsce wolne, a i tak zmiesci sie tam jeszcze pol ulicy. Unikalnym zjawiskiem jest instytucja nawolywacza, ktora dziala niezawodnie. Stojacy w nieustannie otwartych drzwiach autobusu koles wykrzykuje na caly glos nazwy ulic, przez ktore bedzie przejezdzal. Wymachuje przy tym rekami i przekonuje nawet tych, ktorzy nie sa do konca przekonani, ze chca jechac w danym kierunku. Wszystko musi odbyc sie tak szybko, by zdazyc przed nastepnym busem, ktory juz zbliza sie na tyle, ze slychac krzyki kolejnego nawolywacza. Potem trzeba ruszyc tak, by wszyscy stojacy sila rozpedu stloczyli sie na koncu autobusu i zrobili miejsce kolejnym wsiadajacym. A przy okazji sprobowac wyprzedzic autobus jadacy przed soba, by zgarnac mu sprzed nosa przechodniow. Kiedy pojemnosc autobusu przekracza juz wszelkie mozliwosci zaczyna sie jazda. Obowiazkowao zalaczona na maksa muza, aw rytmie salsy manerowanie, wyprzedzanie, wymijanie, nieustannie uzywany klakson oznajmiajacy, ze to ja wlasnie jade i prosze nie wazyc sie na wejscie na jezdnie lub wjazd na skrzyzowanie. Kierowca co chwila trabi, spiewa, otwiera okno pozdrawiajac znajomego lub pogwizdujac na ladna dziewczyne. Doznania niesamowite :) Goraco polecam.

czwartek, 15 października 2009

Lima


Po ciagnacych sie w nieskonczonosc godzinach spedzonych w samolotach i na lotniskach wyladowalysmy w koncu w Limie. Miasto wielkie i halasliwe, troche meczace. Poza tym az wstyd sie przyznac, ale zostalysmy niemolosiernie oszukane przez taksowkarza, co popsulo nam troche humory. Coz ... musimy bardziej miec sie na bacznosci. Pomimo tego niemilego zdarzenia jestesmy w dobrych nastrojach i powoli zaczynamy czuc klimat poludniowoamerykanski. Jutro ruszamy do Pisco.

środa, 14 października 2009

Na początek

No więc stało się!!! Jedziemy. Lot na 14 października zarezerwowany, potwierdzony. Zostawiamy wszystko to, co w drodze nam niepotrzebne. Razem ze zbędną stertą ubrań i kosmetyków zostawiamy zmartwienia, rodzinne problemy, pracę, którą nie do końca lubimy i decyzję, co robić ze swoim życiem. Odkładamy to wszystko na półkę, do której sięgniemy po powrocie. A może już nigdy… Może część z tych rzeczy okaże się już nieaktualna, część okryje się kurzem i nigdy już nie skupi naszej uwagi. Marzymy o tym, by ta podróż oderwała nas jak najdalej od codziennej rzeczywistości, chcemy by nas ukształtowała, byśmy wróciły zmienione…

piątek, 2 października 2009